Maslenica
Z racji tego, że Rosjanie lubują się w prazdnikach (świętach) tym razem znowu będzie trochę o tym. Maslenica nie jest jednak świętem wywodzącym się z sowieckich czasów, a głęboko zakorzenionym w folklorze i związanym z prawosławiem. Współcześni Rosjanie raczej do cerkwi nie zaglądają, a w TV mnóstwo jest programów poświęconych magii, tarotowi itp. dlatego tym bardziej byłam ciekawa jak ludzie odnoszą się do tego święta obecnie.
Do rzeczy; Maslenica obchodzona jest na 8 tyg. przed ruską Paschą i trwa cały tydzień. Jest swoistym pożegnaniem zimy i przywitaniem wiosny, a przede wszystkim słońca, którego symbolem mają być okrągłe bliny jedzone na okrągło przez cały tydzień ;) Dawniej podczas trwania święta jedzono i pito ponad miarę, odwiedzano się wzajemnie i ogólnie radowano, w ten sposób przygotowywano się do kilkutygodniowego Wielkiego Postu. Jak podają niektóre źródła, w ciągu pierwszych 3ech dni maslenicowego tygodnia przygotowywano się do święta; sprzątano dom, zwożono drzewo na wielkie ogniska, wokół których później tańczono, by odpędzić zło, oraz w których palono stare rzeczy - na szczęście. Najważniejsze świąteczne dni przypadały od czwartku do niedzieli. Cała feta odbywała się przede wszystkim na ulicach, a do domu zachodziło się tylko, żeby się zagrzać i coś zakąsić. Z napitków królowało piwo, a potrawy przygotowywano głównie z produktów mlecznych i mącznych, stąd znakiem rozpoznawczym Maslenicy są bliny. Popularną rozrywką było zjeżdżanie/ześlizgiwanie się z górki. Często w tym celu specjalnie wylewano wodę lub budowano (jeśli nie było żadnego pagórka) specjalne drewniane konstrukcje, z których młodzi ślizgali się na sam dół. Popularne również było zjeżdżanie na sankach bądź kuligowanie. W ostatni dzień święta – niedzielę, odbywało się uroczyste palenie Maslenicowej słomianej kukły. My topimy Marzannę, a Rosjanie zażygają czuczlo ;)
Dzisiaj świętuje się głównie w ostatni dzień, czyli w niedzielę. Wybrałyśmy się więc nad rzekę, gdzie miały miejsce narodne guliania. Było mnóstwo straganów, na których można było kupić coś do jedzenia, napić się herbaty, kupić kurę, obraz z Miedwiediewem, albo stary samowar. Wszędzie unosił się zapach szaszłyków i plowu. Stoisk z blinami było najmniej ;( Kulminacyjnym momentem było zapalenie Maslenicowej kukły zwieńczone fajerwerkami w kolorach rosyjskiej flagi. Nam najbardziej podobały się babuszki ubrane w folkowe stroje i piękne kolorowe chusty. Razem z panem grającym na akordeonie śpiewały stare ruskie pieśni i przyśpiewki. Chętnie też dawały się fotografować. Po przedarciu się przez tłum, uważając żeby się nie wywalić na lodzie, udało się nam wpaść jeszcze na sybirskiego blina ;)
Bania
W ostatnim czasie byłyśmy w ruskiej bani czyli saunie. Najlepsza oczywiście jest ta na wsi w drewnianym domku, z którego można wyjść i ochłodzić się w śniegu. No ale jak na miejskie warunki udało nam się trafić w całkiem przyjemne miejsce. Za 30 zł/2 h wynajęłyśmy 4osobowy ‘’baniowy apartament’’. Rosjanie lubią sobie poimprezować w bani, toteż na miejscu w naszym drewnem wyłożonym apartamencie zastałyśmy stół i ławy do biesiady, plazmę na ścianie i basen 3x5 m. Było super, brakowało tylko brzozowych witek, którymi Rosjanie okładają się nawzajem, co świetnie wpływa na skórę ;) Nie zabrakło za to drewnianej beczki z wodą – pociągasz za łańcuch i wylewasz na siebie kubeł zimnej wody – polecam! Po bani czułyśmy się świetnie wychodząc z powrotem na mróz. Takie błogie ciepełko rozchodzące się po ciele. Jutro znowu idziemy !
Na basenie…
Hah, muszę napisać jeszcze o wyprawie na basen. Niby nie ma w tym nic osobliwego, ale cała procedura, jaką należy przejść, by zanurzyć głowę w wodzie, jest warta opisania. Najpierw zostawiasz rzeczy w szatni, dostajesz numerek i grzecznie w klapeczkach idziesz dalej, potem płacisz za basen wpisując się do zeszyciku pod właściwą literkę i odpowiadasz na pytanie dlaczego nie masz otczestwa (imienia po ojcu, którego Rosjanie używają i do prawdy nie wiem, jak można spamiętać te wszystkie Niny Aleksandrowny i Wolodie Iwanowycze…) po zapłaceniu idziesz do odpowiedniej przebieralni – dajesz pani numerek z szatni, a ona daje Ci numerek do szafki na rzeczy. Rozbierasz się i na golaska (inaczej nie można) idziesz pod prysznic i DOKŁADNIE się myjesz (to jest akurat bardzo dobre, bo na przykład w PL ludzie często się nie myją przed basenem i później okrutnie śmierdzi potem). Po kąpieli na mokre ciałko zakładasz strój, co jest nie lada wyczynem i możesz już wejść na basen. No, ale zanim do wody, to jeśli jesteś na basenie pierwszy raz, idziesz do pani- lekarza/pielęgniarki, która sprawdza czy nie masz jakiegoś parcha w postaci wysypki albo grzyba i jeśli nie masz to wpisuje cię w kolejny zeszyt, a stan twojej skóry ma datę ważności(o ile pamiętam to miesięczną) Następnie pani mówi, na który tor masz się udać i w końcu możesz wejść do wody, która bynajmniej nie jest krystalicznie czysta, ale za to nie wali chlorem.
Morał powinien być dla nas taki, że zawsze da się utworzyć stanowisko pracy, nawet jeśli jedyną czynnością jest zamiana jednego numerka na drugi.
(mimo wszystko do basenu się nie zraziłyśmy i za drugim razem było już wszystko wiadomo)
Z racji tego, że Rosjanie lubują się w prazdnikach (świętach) tym razem znowu będzie trochę o tym. Maslenica nie jest jednak świętem wywodzącym się z sowieckich czasów, a głęboko zakorzenionym w folklorze i związanym z prawosławiem. Współcześni Rosjanie raczej do cerkwi nie zaglądają, a w TV mnóstwo jest programów poświęconych magii, tarotowi itp. dlatego tym bardziej byłam ciekawa jak ludzie odnoszą się do tego święta obecnie.
Do rzeczy; Maslenica obchodzona jest na 8 tyg. przed ruską Paschą i trwa cały tydzień. Jest swoistym pożegnaniem zimy i przywitaniem wiosny, a przede wszystkim słońca, którego symbolem mają być okrągłe bliny jedzone na okrągło przez cały tydzień ;) Dawniej podczas trwania święta jedzono i pito ponad miarę, odwiedzano się wzajemnie i ogólnie radowano, w ten sposób przygotowywano się do kilkutygodniowego Wielkiego Postu. Jak podają niektóre źródła, w ciągu pierwszych 3ech dni maslenicowego tygodnia przygotowywano się do święta; sprzątano dom, zwożono drzewo na wielkie ogniska, wokół których później tańczono, by odpędzić zło, oraz w których palono stare rzeczy - na szczęście. Najważniejsze świąteczne dni przypadały od czwartku do niedzieli. Cała feta odbywała się przede wszystkim na ulicach, a do domu zachodziło się tylko, żeby się zagrzać i coś zakąsić. Z napitków królowało piwo, a potrawy przygotowywano głównie z produktów mlecznych i mącznych, stąd znakiem rozpoznawczym Maslenicy są bliny. Popularną rozrywką było zjeżdżanie/ześlizgiwanie się z górki. Często w tym celu specjalnie wylewano wodę lub budowano (jeśli nie było żadnego pagórka) specjalne drewniane konstrukcje, z których młodzi ślizgali się na sam dół. Popularne również było zjeżdżanie na sankach bądź kuligowanie. W ostatni dzień święta – niedzielę, odbywało się uroczyste palenie Maslenicowej słomianej kukły. My topimy Marzannę, a Rosjanie zażygają czuczlo ;)
Dzisiaj świętuje się głównie w ostatni dzień, czyli w niedzielę. Wybrałyśmy się więc nad rzekę, gdzie miały miejsce narodne guliania. Było mnóstwo straganów, na których można było kupić coś do jedzenia, napić się herbaty, kupić kurę, obraz z Miedwiediewem, albo stary samowar. Wszędzie unosił się zapach szaszłyków i plowu. Stoisk z blinami było najmniej ;( Kulminacyjnym momentem było zapalenie Maslenicowej kukły zwieńczone fajerwerkami w kolorach rosyjskiej flagi. Nam najbardziej podobały się babuszki ubrane w folkowe stroje i piękne kolorowe chusty. Razem z panem grającym na akordeonie śpiewały stare ruskie pieśni i przyśpiewki. Chętnie też dawały się fotografować. Po przedarciu się przez tłum, uważając żeby się nie wywalić na lodzie, udało się nam wpaść jeszcze na sybirskiego blina ;)
Bania
W ostatnim czasie byłyśmy w ruskiej bani czyli saunie. Najlepsza oczywiście jest ta na wsi w drewnianym domku, z którego można wyjść i ochłodzić się w śniegu. No ale jak na miejskie warunki udało nam się trafić w całkiem przyjemne miejsce. Za 30 zł/2 h wynajęłyśmy 4osobowy ‘’baniowy apartament’’. Rosjanie lubią sobie poimprezować w bani, toteż na miejscu w naszym drewnem wyłożonym apartamencie zastałyśmy stół i ławy do biesiady, plazmę na ścianie i basen 3x5 m. Było super, brakowało tylko brzozowych witek, którymi Rosjanie okładają się nawzajem, co świetnie wpływa na skórę ;) Nie zabrakło za to drewnianej beczki z wodą – pociągasz za łańcuch i wylewasz na siebie kubeł zimnej wody – polecam! Po bani czułyśmy się świetnie wychodząc z powrotem na mróz. Takie błogie ciepełko rozchodzące się po ciele. Jutro znowu idziemy !
Na basenie…
Hah, muszę napisać jeszcze o wyprawie na basen. Niby nie ma w tym nic osobliwego, ale cała procedura, jaką należy przejść, by zanurzyć głowę w wodzie, jest warta opisania. Najpierw zostawiasz rzeczy w szatni, dostajesz numerek i grzecznie w klapeczkach idziesz dalej, potem płacisz za basen wpisując się do zeszyciku pod właściwą literkę i odpowiadasz na pytanie dlaczego nie masz otczestwa (imienia po ojcu, którego Rosjanie używają i do prawdy nie wiem, jak można spamiętać te wszystkie Niny Aleksandrowny i Wolodie Iwanowycze…) po zapłaceniu idziesz do odpowiedniej przebieralni – dajesz pani numerek z szatni, a ona daje Ci numerek do szafki na rzeczy. Rozbierasz się i na golaska (inaczej nie można) idziesz pod prysznic i DOKŁADNIE się myjesz (to jest akurat bardzo dobre, bo na przykład w PL ludzie często się nie myją przed basenem i później okrutnie śmierdzi potem). Po kąpieli na mokre ciałko zakładasz strój, co jest nie lada wyczynem i możesz już wejść na basen. No, ale zanim do wody, to jeśli jesteś na basenie pierwszy raz, idziesz do pani- lekarza/pielęgniarki, która sprawdza czy nie masz jakiegoś parcha w postaci wysypki albo grzyba i jeśli nie masz to wpisuje cię w kolejny zeszyt, a stan twojej skóry ma datę ważności(o ile pamiętam to miesięczną) Następnie pani mówi, na który tor masz się udać i w końcu możesz wejść do wody, która bynajmniej nie jest krystalicznie czysta, ale za to nie wali chlorem.
Morał powinien być dla nas taki, że zawsze da się utworzyć stanowisko pracy, nawet jeśli jedyną czynnością jest zamiana jednego numerka na drugi.
(mimo wszystko do basenu się nie zraziłyśmy i za drugim razem było już wszystko wiadomo)
Sankowózki <3
Nasz bałwan - Aleksiej !
Fragment tramwaju jadącego "do parku" ?
A kuku! mamy was chłopaki !! - fota zrobiona z 10 piętra.
Takie tam z Kingą( i lodami), której ślę podziękowania za maslenicowe foty i nie tylko!






