wtorek, 16 kwietnia 2013

Tomskie sztuczki & arkitekczer

Już połowa kwietnia ! Czas płynie nieubłaganie... śnieg w większości się stopił, a w niektórych miejscach nawet wtopił w tło ciemnego asfaltu. Póki co panuje tu przedwiośnie i wreszcie można zobaczyć,co skrywał pod sobą lód(w wielu przypadkach nie jest to zbyt przyjemny widok). Upadki i poślizgnięcia na szczęście już nam nie grożą, a przede wszystkim mi (pobiłam chyba rekord w spektakularnym lądowaniu na glebie). Dobrze, że chociaż świeci codziennie słońce i dodaje otuchy w oczekiwaniu na prawdziwe ciepło. 

Dawno nic nie pisałam, a wypadałoby wspomnieć o świętach. Wszystko było, jak trzeba i zgodnie z Tradycją. Może tylko  potrawy były inne niż zazwyczaj, ale w końcu każdy z nas zrobił to na co miał ochotę i wszyscy byli zadowoleni. Zaprosiliśmy też kilkoro znajomych Rosjan i to był chyba pierwszy raz, kiedy spędziłam za stołem 11 h... Miło nam minął ten świąteczny czas; na wspólnym gotowaniu, objadaniu i leniuchowaniu. Rosyjska Pascha ma być w okolicy 5 maja i w sklepach można kupić już czekoladowe kurczaki i barwniki do jajek (my tradycyjnie, ale tez z braku innej opcji, barwiliśmy jajka w cebuli i burakach)

                       Mazurek musiał być ! No a wałek trzeba było kupić i przystosować do użytku.
Ta ryba to mintaj - u nas wcale nie najtańsza, zresztą ryby ogólnie nie są tanie w Polsce. W  każdym razie mintaj jest dobry, a tutaj kosztuje 6 zł/kg więc był na święta. Okazało się jednak, że popełniliśmy małe faux pas przed naszymi rosyjskimi gośćmi - oni kupują mintaja dla kotów....

Z racji tego, że wiodę ostatnio żywot dość spokojny, a może to tutejsza rzeczywistość w jakimś sensie mi spowszedniała, nie mam za wielu tematów do ''prezentacji", będzie więc o obrazkach i budynkach.

Odwiedziłam niedawno Tomskie Muzeum Sztuki. Zachęcona bardzo ładną i przejrzystą stroną internetową udałam się w jedną z niedziel do nobliwego gmachu. Tam ku mojemu miłemu zaskoczeniu - mnóstwo ludzi, szczególnie rodziców z dziećmi. Tak, i tu doszła moda na różnego rodzaju programy muzealne dla dzieci, które w ciekawy sposób łączą naukę z kształceniem poczucia estetyki (jej, brzmi patetycznie). Jako studentka nie musiałam płacić za bilet, więc dodatkowo ucieszyło to mój portfel. Niestety później nie było tak fajnie. Przede wszystkim rozczarowała mnie ilość <dzieł sztuki> (te nawiasy nie mają charakteru pejoratywnego) Wszelkie przesłanki wskazywały, że spędzę tam co najmniej 2 h, no ale okazało się, że muzeum oferuje zwiedzającym 2 piętra o niezbyt dużej powierzchni Mówiąc krótko: szału nie było. Obrazki jakie tam wiszą, namalowane zostały głównie przez rodzimych artystów, trafił się również Polak. Tematyka też raczej lokalna: a to pejzaż Ałtaju, a to tajga albo portrety notabli - większość obrazów pochodziła z XIX w. Zdarzyło się a i owszem trochę ikon i nawet śmieszne rzeźby z czasów radzieckich. Był reprezentacyjny komplet gżelskiej porcelany , czy piękne naczynia z Chochłomy. Tak czy siak nie byłam usatysfakcjonowana. Nawet czasowa wystawa grafik z zachodniej Europy (brzmi dostojnie) nie sprawiła mi wielkiej radości. Wyszłam z jakimś poczuciem współczucia dla tutejszych miłośników sztuki (nie lubię tego sformułowania), że rzadko sprowadzają im jakieś zachodnie highlighty, czy po prostu coś nowszego, bardziej aktualnego. Dopełnieniem mojego rozczarowania było zachowanie jednej z pracujących w muzeum pań. W korytarzu przy wejściu stało kilka szklanych witryn, w których wyeksponowane były m.in. pamiątki z Tomska, katalogi muzealne czy monografie poszczególnych artystów. Spodobała mi się tomskowa torba płócienna i chciałam ją kupić. Obok witryn stało biurko, a za nim siedziała pani, która coś tam czytała - mówię więc grzecznie, że chcę kupić tę torbę, a ona mi odpowiada, że dziś jest niedziela i że ona nie pracuje................Oprócz niej, siedziała jeszcze przy innym biurku inna kobieta i bynajmniej nie była to pani kasjerka. Aaa i były tam jeszcze dwie panie ochroniarki....

 Bawi mnie ten obraz, a szczególnie te fikuśna poza!

 Znów motyw kąpieli

 Rozczuliły mnie te zwierzątka ! (lata 60 XX w)

W tej sali miałam poczucie, że wszystkie portrety patrzą na mnie z wyższością, tą swoją rosyjską dumą.

No dobra, teraz trochę wspomnianej w tytule <arkitekczer> Zamieściłam już wcześniej kilka zdjęć drewnianych domków, tak bardzo charakterystycznych dla Tomska, więc teraz namiastka architektury nowszej, dla ogólnego wyobrażenia, jak wygląda miasto na Syberii.

 Gmach wspomnianego muzeum (zapomniałam zrobić foto z bliska ;/)

 Ponoć jedna z najdroższych restauracji w mieście, wizytował tu Czechow (jego pomnik stoi w pobliżu)
 dramatyczny teatr <dramy>

 Nie to nie plecy Lenina, ale widok na prospekt  Lenina (ciągnie się przez 5 km i jest reprezentacyjną ulicą Tomska)

 Tu chyba znajduje się jakaś władza...
 ...a w mniej więcej takich blokach mieszkają Iwany Iwanowycze
 mrzonki o szklanych domach
 A to plac Kirowa - po sąsiedzku
 No i mój faworyt ! Siedziba jakiegoś banku. Pierwsza budowla jaką ujrzały moje oczy w tym mieście. Początkowo przerażała mnie ta bryła, ale teraz wywołuje mój uśmiech i stała się mi bardziej swojska. Ach te wielkie ni to filary ni kolumny ;)
 Tak - mieszkamy w dzielnicy o nazwie Sawiecki Rajon
 ;)
 Nasz akademik


A na koniec kapka street artu:



Homerów Simpsonów jest kilku !
Johnny wyszedł uroczo

piątek, 22 marca 2013

Trochę folku



Maslenica

Z racji tego, że Rosjanie lubują się w prazdnikach (świętach) tym razem znowu będzie trochę o tym. Maslenica nie jest jednak świętem wywodzącym się z sowieckich czasów, a głęboko zakorzenionym w folklorze i związanym z prawosławiem. Współcześni Rosjanie raczej do cerkwi nie zaglądają, a w TV mnóstwo jest programów poświęconych magii, tarotowi itp. dlatego tym bardziej byłam ciekawa jak ludzie odnoszą się do tego święta obecnie.

Do rzeczy; Maslenica obchodzona jest na 8 tyg. przed ruską Paschą i trwa cały tydzień. Jest swoistym pożegnaniem zimy i przywitaniem wiosny, a przede wszystkim słońca, którego symbolem mają być okrągłe bliny jedzone na okrągło przez cały tydzień ;) Dawniej podczas trwania święta jedzono i pito ponad miarę, odwiedzano się wzajemnie i ogólnie radowano, w ten sposób przygotowywano się do kilkutygodniowego Wielkiego Postu. Jak podają niektóre źródła, w ciągu pierwszych 3ech dni maslenicowego tygodnia przygotowywano się do święta; sprzątano dom, zwożono drzewo na wielkie ogniska, wokół których później tańczono, by odpędzić zło, oraz w których palono stare rzeczy - na szczęście. Najważniejsze świąteczne dni przypadały od czwartku do niedzieli. Cała feta odbywała się przede wszystkim na ulicach, a do domu zachodziło się tylko, żeby się zagrzać i coś zakąsić. Z napitków królowało piwo, a potrawy przygotowywano głównie z produktów mlecznych i mącznych, stąd znakiem rozpoznawczym Maslenicy są bliny.  Popularną rozrywką było zjeżdżanie/ześlizgiwanie się z górki. Często w tym celu specjalnie wylewano wodę lub budowano (jeśli nie było żadnego pagórka) specjalne drewniane konstrukcje, z których młodzi ślizgali się na sam dół. Popularne również było zjeżdżanie na sankach bądź kuligowanie. W ostatni dzień święta – niedzielę, odbywało się uroczyste palenie Maslenicowej słomianej kukły.  My topimy Marzannę, a Rosjanie zażygają czuczlo ;)

Dzisiaj świętuje się głównie w ostatni dzień, czyli w niedzielę. Wybrałyśmy się więc nad rzekę, gdzie miały miejsce narodne guliania. Było mnóstwo straganów, na których można było kupić coś do jedzenia, napić się herbaty, kupić kurę, obraz z Miedwiediewem, albo stary samowar. Wszędzie unosił się zapach  szaszłyków i plowu. Stoisk z blinami było najmniej ;( Kulminacyjnym momentem było zapalenie Maslenicowej kukły zwieńczone fajerwerkami w kolorach rosyjskiej flagi. Nam najbardziej podobały się babuszki ubrane w folkowe stroje i piękne kolorowe chusty. Razem z panem grającym na akordeonie śpiewały stare ruskie pieśni i przyśpiewki. Chętnie też dawały się fotografować. Po przedarciu się przez tłum, uważając żeby się nie wywalić na lodzie, udało się nam wpaść jeszcze na sybirskiego blina ;)

Bania

W ostatnim czasie byłyśmy w ruskiej bani czyli saunie. Najlepsza oczywiście jest ta na wsi w drewnianym domku, z którego można wyjść i ochłodzić się w śniegu. No ale jak na miejskie warunki udało nam się trafić w całkiem przyjemne miejsce. Za 30 zł/2 h wynajęłyśmy 4osobowy ‘’baniowy apartament’’. Rosjanie lubią sobie poimprezować w bani, toteż na miejscu w naszym drewnem wyłożonym apartamencie zastałyśmy stół i ławy do biesiady, plazmę na ścianie i basen 3x5 m. Było super, brakowało tylko brzozowych witek, którymi Rosjanie okładają się nawzajem, co świetnie wpływa na skórę ;) Nie zabrakło za to drewnianej beczki z wodą – pociągasz za łańcuch i wylewasz na siebie kubeł zimnej wody – polecam! Po bani czułyśmy się świetnie wychodząc z powrotem na mróz. Takie błogie ciepełko rozchodzące się po ciele. Jutro znowu idziemy !

Na basenie…

Hah, muszę napisać jeszcze o wyprawie na basen. Niby nie ma w tym nic osobliwego, ale cała procedura, jaką należy przejść, by zanurzyć głowę w wodzie, jest warta opisania. Najpierw zostawiasz rzeczy w szatni, dostajesz numerek i grzecznie w klapeczkach idziesz dalej, potem płacisz za basen wpisując się do zeszyciku pod właściwą literkę i odpowiadasz na pytanie dlaczego nie masz otczestwa (imienia po ojcu, którego Rosjanie używają i do prawdy nie wiem, jak można spamiętać te wszystkie Niny Aleksandrowny i Wolodie Iwanowycze…) po zapłaceniu idziesz do odpowiedniej przebieralni – dajesz pani numerek z szatni, a ona daje Ci numerek do szafki na rzeczy. Rozbierasz się i na golaska (inaczej nie można) idziesz pod prysznic i DOKŁADNIE się myjesz (to jest akurat bardzo dobre, bo na przykład w PL ludzie często się nie myją przed basenem i później okrutnie śmierdzi potem). Po kąpieli na mokre ciałko zakładasz strój, co jest nie lada  wyczynem i możesz już wejść na basen. No, ale zanim do wody, to jeśli jesteś na basenie pierwszy raz, idziesz do pani- lekarza/pielęgniarki, która sprawdza czy nie masz jakiegoś parcha w postaci wysypki albo grzyba i jeśli nie masz to wpisuje cię w kolejny zeszyt, a stan twojej skóry ma datę ważności(o ile pamiętam to miesięczną) Następnie pani mówi, na który tor masz się udać i w końcu możesz wejść do wody, która bynajmniej nie jest krystalicznie czysta, ale za to nie wali chlorem. 

Morał powinien być dla nas taki, że zawsze da się utworzyć stanowisko pracy, nawet jeśli jedyną czynnością jest  zamiana jednego numerka na drugi.
(mimo wszystko do basenu się nie zraziłyśmy i za drugim razem było już wszystko wiadomo)

                                                    Kukła była ustawiona na zamarzniętej rzece



                                                                    Sankowózki <3






                                                               Nasz bałwan - Aleksiej !

                                                 Fragment tramwaju jadącego "do parku" ?
                                       A kuku! mamy was chłopaki !! - fota zrobiona z 10 piętra.
                     Takie tam z Kingą( i lodami), której ślę podziękowania za maslenicowe foty i nie tylko!

wtorek, 12 marca 2013

Po miesiącu


pozaczas

Po dokładnie miesięcznym pobycie tutaj, nadal nie mogę powiedzieć, że rozgryzłam zagadnienie upływu miejscowego czasu. Mimo że owszem -zasypiam o w miarę normalnych porach, zdarzają się bezsenne noce i tak mają tu wszyscy znajomi. Codzienne spanie do 10/11/12, a w weekend do 14 sprawia, że zegar biologiczny szaleje. Nawet nie pamiętam, kiedy wstałam ostatnio o 8 rano... Na trudność w przestawieniu się na tutejszy czas, ma wpływ również światło i długość dnia. W Tomsku o 17:00 jest tak jasno jakby było południe. Dzień tu jest o wiele dłuższy (przynajmniej wydaje się) niż o tej porze w PL.
Inną sprawą jest pozaczasowość. Bo o ile nie można się obecnie zupełnie odciąć od świata i jego nowin korzystając z Internetu niemal codziennie, mi w jakiś sposób się to udaje. Nie wiem obecnie praktycznie nic, o tym co dzieje się w Polsce i na świecie; nie czytam o żadnych politycznych aferach itp. O manifach, Wałęsach i małych lokalnych zawieruchach dowiaduję się z memów i komentarzy innych na FB - i przyznam, że jest to ciekawszy sposób (a na pewno śmieszniejszy) percepcji świata, niż suchy głos Hanny L. Odpoczywam nawet od porannego śniadania prasowego w trójce, które potrafiło od rana popsuć dzień.  Jest mi dobrze z tym <wyłączeniem się>; psychiczny odpoczynek od natłoku informacji i zblazowanego Wrocławia i chyba o to mi właśnie chodziło, kiedy planowałam ten wyjazd.

Siewiersk

Nie wiem czy wszyscy z czytających bloga, wiedzą że tuż obok Tomska znajduje się ''zamknięte'' miasto Siewiersk. Więc może na początek, za wikipedią...w latach 1956-89 było to miasto widmo, nie istniejące na żadnej mapie i nazywane Tomsk-7. Oczywiście jak to w ZSRR bywało można się było domyśleć, że chodziło o przemysł atomowy, ściślej uran.  Reaktor jest ponoć wielkości 5-o piętrowego bloku. 6 kwietnia 1993 r. miał miejsce wybuch (na ros. wiki. użyto słowa- awaria) reaktora wytwarzającego pluton. Wg ros. wiki. wybuch był o mocy 3 stp. w skali INES, natomiast wg Timesa - był jedną z największych katastrof jądrowych... Prawda leży pewnie po środku. Faktem jest, że w obwodzie tomskim odnotowywana jest większa umieralność na raka, ale można równie dobrze zrzucić to na karb: braku ekologii, powszechnego palenia tytoniu, nieodpowiedniej diety(świeże warzywa i owoce są bardzo drogie, a wybór ich dość mizerny).
Co do samego miasta - jest zamknięte dla wszystkich, którzy nie mają przepustek. Obcokrajowiec więc nie wjedzie tym bardziej.  Miasto jest otoczone podwójnym murem i kiedy podjeżdża się bliżej, to nic nie widać. Między samymi zabudowaniami, a ogrodzeniem znajduje się pas zieleni. Z tego czego się dowiedzieliśmy od miejscowych, Siewiersk dobrze widać jadąc mostem na rzece (Tom), nie można się jednak na nim zatrzymać więc tylko jadąc powoli można zrobić foto.  Oczywiście w pobliżu zony o żadnych zdjęciach mowy być nie może, bo jak pokazują poszczególne historie zaraz pojawiliby się panowie w mundurach i trzeba by się gęsto tłumaczyć przed strażnikami z punktów kontrolnych. Niektórzy mówią, że strażnicy mają prawo strzelać bez ostrzeżenia (ale wg mnie było tak może w ZSRR, ale nie teraz) Ogólnie jak dla mnie to przekichane mieszkać w Siewiersku - nikt znajomy nie może cię tak po prostu odwiedzić, bo trzeba mieć przepustkę, której nie wydaje się ot tak sobie... Zastanawia mnie więc dlaczego, jeśli już wszystko wiadomo co tam się robiło/robi, a życie w takim miejscu wydaje się być uciążliwe, to ludzie nie zbuntowali się i miasto nadal jest zamknięte. Może chodzi tu o samo poczucie bezpieczeństwa [sic!] mieszkańców miasta ? Obecnie na świecie nie spotyka się już czegoś takiego, jak zamknięte miasto-twierdza, każdy ''obcy'' może sobie wjechać i wyjechać. Ale nie wiem czy codzienne mijanie soldatów i widok wież kontrolnych sprawia, że człowiek czuje się bezpiecznie...

8 marca  
Jedno z najważniejszych w Rosji świąt - okazja do rodzinnych spotkań w ten wolny od pracy dzień. Zresztą już dzień wcześniej, wszyscy pracują wolniej i krócej. Kobiety w swoich miejscach pracy urządzają mały poczęstunek i wspólnie raczą się alkoholem. Na ulicach mnóstwo samochodów, które oferują sprzedaż tulipanów i innych kwiatków. W sklepach kolejki.  Damska część naszej grupy również postanowiła wpasować się w ogólnokrajową koniunkturę, więc wybrałyśmy się do jednego z tomskich klubów. I teraz garść praktycznych info; już od początku może być problem z wejściem do klubu - jeśli nie wpisujesz się w obowiązujący dress code (szpilki, kłusa sukienka, długie włosy), nam się udało, bo jesteśmy z obcego kraju...  Normalne jest również, że wejście jest płatne i zwykle kosztuje 200 rubli (20 zł) albo i więcej ;O ! W środku za drinki też zapłacimy sporo; my za zwykłą wódkę z sokiem dałyśmy kolejne 200 rubelków. Co do muzyki, hmm na początku przeważała anglojęzyczna plus wszystkie europejskie szlagiery, jakie u nas można usłyszeć. Ale kiedy dj puszczał jakiś rosyjski hit - wtedy na parkiecie robiło się gęściej, a każdy kto znał tekst - śpiewał. W miarę upływu czasu i zwiększania się poziomu alkoholu - rosyjskich ''hitów'' było więcej. My miałyśmy to ''szczęście'', że załapałyśmy się na; klubowego wodzireja, który ''podtrzymywał temperaturę" imprezy; paru innych gości wynajętych do animowania tłumu; były też oświadczyny, 3 bójki, w tym jedna, w której jedna laska rozbiła kieliszek/szklankę o drugą - dobrze, że obyło się bez przebicia tętnicy szyjnej -a mało brakowało. Z tego co wiem, trafiłyśmy na istne kombo atrakcji i zazwyczaj jest spokojniej. 
 8 marca trudno nawet zamówić taxi, więc trzeba drałować na pieszo...



r a n d o m  f a c t s

Irytująca jest opieszałość miejscowych urzędników, ale chyba nie tylko o formalności tu chodzi. Mam wrażenie, że ogólnie przewlekła zima sprawia, że ludzie tu są nieco rozlaźli, brak im energii by coś załatwić sprawnie i szybko. Na swoją legitymację studencką (która oferuje wiele zniżek, bądź całkowicie zwalnia z opłat np. za wejścia do muzeów) czekam ponad 3 tyg. i ciągle słyszę, że będzie w środę, w pon. itd... a na koniec ''że musi podbić ją kilka osób, że to tak szybko nie idzie..." ble ble ble. To z kolei inny problem tyczący się chyba całej Rosji, a o którym czytało się w XIX powieściach - bezlik urzędników ! Czynność, którą mogłaby wykonywać jedna osoba - wykonuje 5... Osobna pani od przyjęcia kwitka, inna od podpisania, inna od pieczątki wielkiej, jak patelnia, a jeszcze inna siedzi w kasie. No ale po coś to jest, więc, jak spojrzy się na poziom bezrobocia, to wychodzi że jest bardzo niski, a w Moskwie - nie ma go wcale. Vot - ruski sposób myślenia.

Tak, bardzo się cieszę, że u większości z Was jest już WIOSNA i wrzucacie piękne zielone zdjęcia na fb, ale ZMIŁUJCIE SIĘ ! U nas jeszcze z miesiąc (oby tylko) będziemy borykać się z i potykać się o ŚNIEG i całe jego zwały, które wywożą ciężarówkami. Ale najlepsze przed nami: 
roztopy + brak studzienek kanalizacyjnych w mieście = biegnij po kalosze, bo wykupią. 

W niedzielę w końcu pokazano mi Aleję Piwowarów - czyli alejkę w parku, która prowadzi do browaro-knajpy założonej przez Karla Krugera - Prusaka, który w 1877 r. otworzył swój browar. Alejka może zimą nie wygląda tak atrakcyjnie, jak latem, bo wszędzie jest śnieg, ale gdy tylko słońce rozświeci się na dobre, można na niej spotkać mnóstwo studentów pijących lokalne trunki (bardzo dobre jest ciemne piwo od Krugera). 

Mimo, że temperatury obecnie wahają się od -15 do -9 to w Tomsku jest wiele budek, które sprzedają wyłącznie lody i to przez cały rok. Nie dziwi więc widok dzieciaków czekających na przystanku pałaszujących lody.

I jeśli ktoś byłby ciekaw co my tu w ogóle robimy całymi dniami, to powiem po prostu, że raczej odpoczywamy, a już na pewno się nie przemęczamy, no chyba że pójdziemy na siłownię. Wreszcie mam czas na nadrabianie zaległości w czytaniu książek, historyczno-sztucznych artykulików, oglądanie filmów itd. Zajęcia, na które chodzimy też niewiele mają wspólnego z tymi jakie zwykle mamy w IFS, ale za to są ciekawe, m.in: historia narodów Syberii, historia religii, współczesna historia Azji, historia kultury Rosji. Może wybierzemy się na historię literatury ros. XX w. Wszystko dobraliśmy tak by mieć w sumie 4 dni wolnego. Wiem, że brzmi to dla niektórych okrutnie, a dla innych to karygodne, ale tak chyba jest na wszystkich erasmuso-zyburuso-wymianach ;) 

                                                            Taki widok za oknem mam 

wtorek, 26 lutego 2013

Lekcja realioznawstwa


Przez ostatnie dni wiele się wydarzyło...Po tygodniu zostałam postawiona oko w oko z rosyjską służbą zdrowia - nie, nie mnie bezpośrednio tyczyć się będzie owa historia, a mojego przyjaciela. Pozwolę sobie zatem opisać co nieco, oczywiście za zgodą (i autoryzacją tekstu ;D) samego zainteresowanego...

Otóż dokładnie tydzień temu we wtorek Łukasz trafił do szpitala ze złamaną kością udową. Ale po kolei... Rano, kiedy całe zdarzenie miało miejsce (przyczyną było oczywiście poślizgnięcie na nie posypanym niczym chodniku) niezwłocznie skontaktowaliśmy się z ubezpieczycielem, który w ciągu godziny zorganizował wizytę w przychodni. Pojechaliśmy więc taksówką, a tam przychodnia jak z amerykańskiego filmu, szkoda tylko, że nie ma windy ... W każdym razie lekarz nic nie mógł zaradzić bez zrobienia zdjęcia, więc dał skierowanie do szpitala na rentgen nogi. Dalej więc w taksówkę i jedziemy w jakąś nieznaną część miasta - dla mnie tym bardziej. Okazało się później, że szpital jest tak ukryty, że nawet mieszkańcy pytają o drogę. Ja już jednak po tych kliku dniach trafię tam z zamkniętymi oczami. Na izbie przyjęć bardzo szybko się wszystkim zajęli, w porównaniu do polskich realiów robiło to wrażenie; zero kolejek i stękających z bólu ludzi. No fakt, trafił się jakiś okrutnie pachnący bomż* i dwóch panów z bijatyko-pijatyki, których eskortował policjant, ale co do szybkiej obsługi, to nie można było mieć zastrzeżeń. Zrobili rentgen i okazało się, że Łukasz będzie musiał zostać w szpitalu i do tego niezwłocznie musi być operowany. Siedząc tam każdy układałby w głowie mroczne scenariusze; że załamanie, że na Syberii, że operacja, jak tu potem chodzić jak wszędzie śnieg i lód, a jakaś rehabilitacja, co z ubezpieczeniem  i jak w ogóle jest szpital po rosyjsku ?! Heh, tylko życie pisze takie scenariusze i zwykle kończy się wszystko dobrze. W tym wypadku można powiedzieć, że tak właśnie się stało. Dość sprawnie ubezpieczyciel porozumiał się ze szpitalem, operacja się udała - bez potrzeby zastosowania protezy (ale do tej pory zastanawiamy się jak ten lekarz poskładał tę nogę, bez potrzeby zagipsowania, no ale to w końcu Rosja ;D) A ja nie tylko wiem już jak jest szpital po rosyjsku, ale poznałam wiele innych przydatnych w takiej sytuacji słów, w tym jak są ochraniacze na buty ;D

*bomż- БОМЖ - (без определенного места жительства)  tj. bezdomny - to ten rodzaj skrótu, który stał się normalnym, pełnoprawnym słowem, żyjącym swoim życiem.

Co do realiów szpitalnych, bo miało być o realioznawstwie... 
Szpital, jak szpital - dość podobny do polskiego. Może tylko zasad się tak nie przestrzega, bo mimo kwarantanny (grypa ) i zakazu wpuszczania odwiedzających, można wejść ale z ochraniaczami, w fartuchu i z maseczką, no a my ''diewuszki z Polszy" to już w ogóle - wszyscy nas tam znają ;D Mimo zakazu palenia w toaletach - kto zechce to pali. Wieczorem można nawet dostać pół szklaneczki spirytusu ;) A i kompania w sali szpitalnej też ciekawa, np. nasz ulubiony Sergiej Iwanowycz vel car Aleksander ;D -z zawodu taksówkarz, walczył w Afganistanie, ponoć ateista ale bransoletkę z krzyżykiem kazał sobie zapiąć na ręce, koneser wysokoprocentowych alkoholi. Lubi prowadzić egzystencjalne rozmowy, przeczytał Mistrza i Małgorzatę 3 razy i twierdzi, że po tej książce nawet ateista jest w stanie uwierzyć w Boga. Jak wyjdzie ze szpitala to po taksówkę będziemy dzwonić tylko do niego ;) Dodatkowo w sali rozbrzmiewa radio Chanson z Tomska, ale nie tylko, bo i 'Amelię' na laptopie również można obejrzeć. Żeby nie przedłużać szpitalnej historii, operacja się udała i Łukasz wstał na nogi, póki co będzie chodził o kuli, ale lekarze są dobrej myśli. Podsumowując to były niezłe lekcje peenjotów**

**dla nie filologów: skrót PNJ - zajęcia z praktycznej nauki języka na filologii

Dalsza lekcja realioznawstwa...
23-go lutego obchodzony jest w Rosji, a także w krajach byłego ZSRR, Dzień Obrońcy Ojczyzny, a że tutaj prawie każdy mężczyzna miał, bądź ma do czynienia z wojskiem, to potocznie nazywa się to święto Dniem Mężczyzny. Oficjalna radziecka historia głosiła, że tego dnia w 1918 roku oddziały młodej Armii Czerwonej (dekret o utworzeniu której podpisał Lenin zaledwie 28 stycznia 1918 roku) odniosły swoje pierwsze zwycięstwa pod Pskowem i Narwą nad regularnymi wojskami cesarskich Niemiec. W Rosji jest to dzień wolny od pracy - a że akurat była to sobota, więc od piątku w mieście zauważalny był wzmożony ruch osobników płci męskiej z lekka się zataczających i głośno śpiewających. O tak - Rosja piła od piątku. My też uraczyliśmy się małym co nieco, mianowicie koniaczkiem z Dagestanu zmieszanym, oczywiście w odpowiednich proporcjach, z lajmem (coś jak Mountain Dew z dodatkiem mięty) Degustacja rodzimego piwa też się odbyła i jest ono całkiem dobre, nic tylko wyczekiwać lata... albo chociaż wiosny.

Słowo o marszrutkach
Im więcej nimi jeżdżę, tym bardziej jestem pod wrażeniem kierowców, którzy je prowadzą. Tutaj w Tomsku, jak i pewnie w całej Rosji, marszrutki to transport prywatny, nie wiem jak to wygląda jeśli idzie o rozdzielenie linii, ale tu wszystko działa sprawnie. No może przydałby się rozkład jazdy, ale jak się stanie w odpowiednim miejscu (czasem bywa, że nieoznaczonym) i odpowiednie szybko się zamacha na kierowcę, to zaraz wsiadamy do przegrzanej wręcz marszruty, nie zdążymy jeszcze dobrze stanąć na stopniach, a kierowca rusza. Od progu przeważnie wita nas- a jakże - radio Chanson i tak, w swojskiej atmosferze, skumulowani na malutkiej przestrzeni, opatuleni mkniemy tomskimi ulicami. Nie wiem jak robią to ci kierowcy, ale nie dość, że przyjmują pieniądze za przejazd (12 rub, dla starszych 8) to wydają resztę, ogarniają (to jest najlepsze słowo) wsiadających i wysiadających, bo jak jest tłok to trzeba krzyczeć, żeby "atkryć zadniu" (tylne drzwi, bo przyjęte jest, że wychodzi się przednimi i od razu płaci) no i oczywiście uważają na drogę. Nierzadko, szczególnie w godzinach szczytu, można spotkać w marszrucie panie, które zajmują się ''kasą'' i dodatkowo mówią jaki przystanek - dość przydatne dla tych którzy uczą się ulic. No, w każdym razie - jestem pod wrażeniem. Szkoda tylko, że niebawem mają podrożeć bilety na marszrutki  i na trolejbusy ;( mimo, że teraz płaci się 1,20 zł za jednorazowy przejazd, to jakby tak policzyć w skali tygodnia, to wychodzi nie taka znowu mała kwota, a o jakichkolwiek okresowych biletach mowy być nie może, niestety.

Sankowózki ;)
Sankowózki to fajny wynalazek, szczególnie w miejscu grze praktycznie przez pół roku zalega śnieg i lód. Bardzo rzadko można spotkać na ulicach mamy, które prowadzą wózek z dzieckiem, częściej noszą te owinięte szczelnie i opatulone w kombinezony bąble na rękach, bo tak wygodniej jak chce się jechać np. marszrutką (nie ma opcji żeby wejść do niej z wózkiem) Innym sposobem na transport malucha jest sankowózek, czyli sanki z rączką jak w wózku, są też ulepszone wersje, czyli coś jak spacerówka na płozach i tak to można sunąć ;)

Teraz jeszcze trochę o jedzeniu, np. kisiel w kostce - jak tu odkroić tyle, żeby było w sam raz?! Z moich obliczeń wyszło, że trzeba kostkę podzielić na 7 części... <jestfajnie>
 


Morska kapusta – czyli surówka z roślin z rodziny kapustowatych rosnących na plażach i wydmach, warzywo przyszłości bogate w minerały i witaminę C. Co do smaku (w tym wypadku zmieszana z marchewką i czosnkiem) powiem, że warto spróbować, ale żeby był to mój ulubiony przysmak, to nie.



Zdjęć tym razem niewiele, bo więcej robiłam analogiem - m.in dużo drewnianych domków, z których niektóre są przeeepięknee ! ale te zdjęcia dopiero po powrocie do domu.

 Butik z piwem -Piwna Galeria, dostawa piwa do domu ;)


 okno na I piętrze naszego uniwersytetu
 W lewym dolnym roku info: Wyjście awaryjne ...
Masło z dodatkiem ikry

Wybaczcie, że może za bardzo się rozpisuję, ale nie jestem w stanie ileś razy, każdemu z osobna opowiadać tych różnych historii i swoich spostrzeżeń. I właśnie, co do spostrzeżeń, to staram się nie oceniać tego jak jest tutaj, oczywiście wiele jest subiektywizmu w moich słowach, ale jeśli ktoś poczułby się urażony, albo co gorsza - zrażony do Rosji / Rosjan- to podkreślam to: podoba mi się tu!! I nie zrażają mnie te oblodzone chodniki i ścieżki, i to że już 2 razy łupnęłam na ziemię i to w bliskim sąsiedztwie szpitala [sic!] (btw. tu większość dziewczyn chodzi na szpilkach - to dopiero skill !! )ani też że jest może trochę zimno, że Internet wolniejszy niż w domu i może jeszcze parę innych rzeczy. Podoba mi się tak jak jest, w końcu Rosja to stan umysłu, a nie posypany piaskiem czy nie chodnik.

P.S: gdyby u nas w Polsce mogła tak sprawnie działać komunikacja miejska, kiedy pada śnieg to byłoby cudownie. Trzeba przyznać, że Rosjanie radzą sobie z odśnieżaniem ulic chyba najlepiej i wiem, wiem - malkontenci zawsze powiedzą - nie mają wyjścia, MUSZĄ -w końcu to Syberia...A ja powiem, że to jest i tak super, a Wrocław powinien się wstydzić, że zima co roku zaskakuje drogowców, a 5 cm śniegu paraliżuje miasto!
O, vot !